Guzik pod kościołem Niedźwiedzia
Historia Aleksandra, ur. 1936
„Nie ruszaj się, bo urwę do końca” — mówię do Anety, a ona stoi jak słup soli, brodę ma podniesioną i tylko oczami strzela na boki, czy ktoś patrzy. Palce mam zgrabiałe, bo powietrze chłodne i wilgotne, i jeszcze wiatr się kręci przy nogach. Trzymam w jednej ręce jej płaszczyk, a w drugiej ten nieszczęsny guzik, co go znalazłem przed chwilą w kieszeni. I igłę. Igłę miałem owiniętą w papierek, żeby się nie wbiła, bo człowiek to nosi różne rzeczy, czasem sam nie wie po co, a potem się okazuje, że akurat.
Staliśmy przed kościołem w Niedźwiedziu, to pamiętam dobrze. Ludzie już się schodzili, jedni wchodzili, inni stali jeszcze na zewnątrz i gadali. Władysława była parę kroków dalej, poprawiała chustkę i zerkała na mnie tak, że ja od razu czułem: zrób to porządnie, tylko nie rób sceny.
A guzik urwał się w najgorszym miejscu, na samej górze, pod szyją. Aneta miała płaszczyk zapięty prawie pod brodę, bo jej zawsze było zimno. I nagle, dosłownie przed samym wejściem, słyszę takie ciche „pstryk”. Patrzę, a ona już trzyma guzik w ręce i robi minę, że to nie ona, że samo. Dzieci tak potrafią.
„Tato, ja nie chciałam” — mówi cicho, bo widzi, że mi się spieszy. A ja niby spokojnie, ale w środku mnie nosi, bo to człowiek zaraz myśli, że będzie głupio wyglądać, że zaraz msza, że Władysława się denerwuje, a dziecko stoi rozpięte.
Wyciągam więc igłę i nitkę. Nitkę miałem w portfelu, tak, w portfelu. Śmiej się, ale ja już miałem taki zwyczaj, że jak gdzieś idziemy z dziećmi, to się przyda albo agrafka, albo nitka, albo chusteczka. Władysława nieraz mówiła, że ja to jak na wyprawę się szykuję. Może i tak.
Tylko że szycie na stojąco, na zimnie, to żadna robota. Igła mi ucieka, nitka się plącze. Aneta drży, bo jej zimno, a ja jej mówię: „Stój, dziecko, stój, bo mi to wszystko ucieka”. A ona się stara, naprawdę, tylko co chwilę jej ramiona opadają i materiał się przesuwa.
Władysława podchodzi bliżej. „Daj, ja to zrobię” — mówi i już ręce wyciąga. A ja od razu: „Nie, już mam. Już prawie”. Głupie to było. Nie dlatego, że nie chciałem pomocy, tylko człowiek się jakoś spina, zwłaszcza jak ktoś przechodzi obok.
Ktoś mówi „Dzień dobry”, a ja odpowiadam „Dzień dobry”, nawet głowy nie podnoszę, bo mam nitkę w zębach. I tak sobie myślę: Aleksander, co ty wyprawiasz. Facet, a tu walczy z guzikiem jak z czymś wielkim.
Najgorsze było, że igła mi się wbiła w palec. Niby nic, ukłucie, ale zabolało porządnie i od razu krew wyszła. Cofnąłem rękę, nitka pociągnęła guzik, guzik mi wypadł i spadł na ziemię. Usłyszałem, jak stuknął o kamień.
„O Jezu…” — wyrwało mi się, cicho, ale jednak. Władysława spojrzała na mnie ostro, bo ona nie lubiła takich słów przy kościele. A ja się schyliłem szybko i szukam tego guzika w trawie przy ścieżce. Trawa była mokra, palce od razu mokre, i ziemia chłodna. Guzik ciemny, to go nie widać.
Aneta już miała łzy w oczach. Nie płakała głośno, tylko broda jej się trzęsła. „Tato, ja nie chcę, żeby wszyscy patrzyli” — wyszeptała. I wtedy mi przeszło przez głowę, że ona się naprawdę wstydzi, a ja się tylko złoszczę na guzik.
„Nikt nie patrzy” — powiedziałem, choć sam widziałem kątem oka, że ludzie zerkają. No bo jak coś się dzieje, to człowiek zerknie, choćby na sekundę.
Władysława kucnęła obok mnie i też zaczęła szukać. Jej palce były szybsze od moich. „Tu jest” — powiedziała po chwili i podała mi guzik, jakby to była zwykła rzecz, żadna tragedia. A ja poczułem ulgę, aż mi się w gardle ścisnęło, i od razu mi było głupio, że się tak miotam.
„Daj już” — powiedziała jeszcze raz, spokojniej. „Ja przytrzymam, ty szyj”.
I tak zrobiliśmy. Ona trzymała materiał, mocno, żeby się nie ruszał, a ja przeszywałem. Nitka była jaśniejsza niż trzeba, nie pasowała idealnie, ale co tam. Ważne, żeby trzymało. Ręce mi drżały, czy z zimna, czy z nerwów, sam nie wiem. A Władysława tylko mruczała: „No… jeszcze… zaciągnij… dobrze”.
Aneta stała i patrzyła na moje palce. Nagle mówi: „Tato, boli cię?” i pokazuje na ten ukłuty palec. A ja, zamiast powiedzieć normalnie, że boli, to machnąłem ręką: „E, nic. Tylko drasnąłem”.
Ale ona podeszła bliżej i dotknęła ostrożnie mojego palca, tak lekko, jakby się bała, że bardziej zaboli. I to mnie jakoś zatrzymało. Człowiek się napina, a tu dziecko robi taki mały gest i już człowiek inaczej oddycha.
„Już, gotowe” — powiedziałem w końcu, jak zrobiłem supełek. Uciąłem nitkę zębami, bo nożyczek oczywiście nie było. Guzik trzymał. Krzywo trochę, ale trzymał.
Władysława od razu poprawiła Anetce kołnierzyk, wygładziła jej włosy przy skroni i otarła policzek, bo łza jednak spłynęła. „No, ślicznie” — powiedziała do niej. A do mnie ciszej: „Następnym razem weź agrafkę, nie igłę”.
Chciałem coś odburknąć, że przecież poradziłem, że jest, ale nie powiedziałem nic. Nie miałem już siły się stawiać. Wystarczyło mi, że guzik jest na miejscu i że Aneta przestała się trząść.
Ruszyliśmy w stronę wejścia. Pod podeszwami skrzypiał żwir, a ja czułem, jak palec pulsuje. W środku kościoła było cieplej, ale ciasno od ludzi. Aneta trzymała mnie za rękę mocno, tak jak dzieci trzymają, kiedy nie chcą, żeby coś znowu poszło nie tak.
Usiedliśmy w ławce. Władysława usiadła obok, poprawiła sobie płaszcz, spojrzała na mnie kątem oka i już nic nie mówiła. Aneta dotknęła jeszcze raz tego guzika, dyskretnie, jakby sprawdzała, czy na pewno jest. Potem na chwilę oparła głowę o moje ramię i zaraz się odsunęła, bo przecież przy ludziach to ona już taka „duża”.
A ja siedziałem i słuchałem księdza, tylko co jakiś czas wracałem myślą do tej chwili, jak guzik spadł w trawę i jak ja na kolanach go szukałem. Palec mnie bolał jeszcze długo, taki drobiazg, ale przypominał. I kiedy potem wychodziliśmy, Aneta szła przede mną, odwróciła się na sekundę i pokazała mi, że jest w porządku, takim swoim dziecięcym ruchem ręki. Ja tylko kiwnąłem głową i poszliśmy dalej.
Masz własne wspomnienia? Zapisz swoją historię.
Wystarczy email. Bez hasła. Twoja historia też jest warta opowiedzenia.
Zapisz swoją historię