Szlaban
Historia Jana, ur. 1934
Trzymałem go obiema rękami, a on ani drgnął. Był ciężki, zimny, a pod palcami czułem ten gruboziarnisty pył zmieszany z solą, którą sypano na drogę. To była moja nocna zmiana, zima, chyba gdzieś pod koniec lat siedemdziesiątych. Godzina była późna, na pewno już po północy. Na zewnątrz portierni była absolutna cisza, taka jaka zapada w przemysłowej części miasta, kiedy maszyny staną, a ludzie już dawno poszli do domów. Cisza przerywana tylko dalekim, pojedynczym szczekaniem psa. A ten szlaban przy wjeździe dla dostaw, po prostu się zaciął. Nie chciał iść w górę.
Próbowałem wcześniej, normalnie, dźwignią. Nic. Szarpnąłem mocniej, ale to było głupie, bo tylko usłyszałem suchy, metaliczny zgrzyt gdzieś w środku. Zatrzymałem się. Stałem tak przez chwilę w żółtym kręgu światła z latarni, a para z oddechu unosiła mi się przed twarzą. Pomyślałem, że za kilka godzin, o szóstej, zacznie się ruch. Ciężarówki z materiałami, cysterny. I wszystko stanie w kolejce, bo stary portier nie potrafił poradzić sobie z szabanem. To nie było tak, że ktoś by na mnie nakrzyczał. Po prostu… to by było nieporządnie. Zawodził system. A ja przez te wszystkie lata przy bramie nauczyłem się jednego: system musi działać.
Wszedłem z powrotem do budki. Ciepło uderzyło mnie w twarz, pachniało starym piecykiem elektrycznym i wilgotnym sukna z mojego płaszcza. Na biurku pod lampą stał kubek po herbacie, obok leżała otwarta księga wpisów. Radio cicho terkotało jakąś muzykę. Odłożyłem służbową czapkę, zdjąłem grube rękawice i sięgnąłem do szuflady. Miałem tam swój zestaw: parę kluczy, śrubokręt, małą puszkę smaru, szmatę. To nie było moje oficjalne wyposażenie, ale od lat trzymałem to na takie okazje. Wziąłem latarkę i wyszedłem.
Na dworze mróz ścinał powietrze, szczypał w uszy. Uklęknąłem przy podstawie szlabanu. Śnieg skrzypiał pod kolanami. Latarka wyłowiła z ciemności metalową skrzynkę mechanizmu, osadzoną na betonowym słupie. Była pokryta szronem. Przyłożyłem dłoń – zimno parzyło. Śrubokrętem odkręciłem cztery śruby mocujące pokrywę. Metal był tak zmarznięty, że niemal przywierał do narzędzi. Kiedy zdjąłem blachę, zobaczyłem wnętrze: przekładnie, sprężynę, łańcuch. Wszystko pokryte warstwą starego, zaschniętego smaru, w który wmieszały się pył, piasek i teraz, lód. To było to. Woda z odwilży w ciągu dnia dostała się do środka, a nocny mróz zrobił swoje. Lód zablokował ruch.
Nie myślałem wtedy o niczym specjalnym. Ani o pochwale, ani o awarii. Myślałem tylko o tym lodzie. Wróciłem do budki, zagotowałem w czajniku wody. Wylałem ją do blaszanego kubka. Wyszedłem znowu. Klęcząc, polewałem powoli mechanizm ciepłą wodą. Para się uniosła. Słyszałem ciche syczenie, gdy lód zaczynał puszczać. Ostrożnie, palcami, bo w rękawicach nie dałbym rady, zacząłem wycierać wilgoć szmatą. Wycierałem każdy ząb przekładni, każdy segment łańcucha. Była tam ciemna, gęsta maź. Potem wziąłem puszkę ze smarem. Nakładałem go cienko, systematycznie, na wszystkie ruchome części. Smar był gęsty. Wcierałem go szmatą, aż metal pod spodem zrobił się gładki.
Cała operacja zajęła mi ze czterdzieści minut. Kolana zdrętwiały mi od zimna, a palce, mimo że potem wciągnąłem rękawice, były sztywne i obolałe. Kiedy skończyłem, zamontowałem pokrywę z powrotem. Wstałem, przeciągnąłem się. Kości w plecach zatrzeszczały. Podeszłem do dźwigni. Wziąłem głęboki oddech i nacisnąłem.
Nie od razu. Przez ułamek sekundy nic się nie działo, i serce mi podskoczyło. Ale potem, z cichym klik i miękkim warkotem silnika, szlaban zaczął się unosić. Płynnie, bez zgrzytu. Podnosił się równo, aż zastygł w pozycji poziomej, otwierając czarny prześwit bramy na pustą, oświetloną ulicę. Opuściłem go i podniosłem jeszcze raz. Za drugim, za trzecim razem. Działał.
Wróciłem do budki. Ciepło wydało mi się teraz przytłaczające. Zdjąłem kurtkę, usiadłem na krześle. Ręce trzęsły mi się lekko, nie ze zmęczenia, ale z tego skupienia, które nagle opuściło. Popatrzyłem na zegar. Do końca zmiany zostały jeszcze ponad trzy godziny. Wziąłem kubek, wypiłem ostatni łyk zimnej już herbaty. W księdze wpisów, przy rubryce „uwagi”, przez chwilę myślałem, czy coś odnotować. „Szlaban unieruchomiony, usunięta usterka”. Ale nie zrobiłem tego. To nie była usterka do księgi.
Rano, kiedy przyszedł kolega z dziennej zmiany, Szczęsny, tylko kiwnął głową na widok otwartej skrzynki z narzędziami i puszki po smarze stojącej na parapecie. – Znowu coś było? – zapytał, wieszając płaszcz. – Szlaban przy dostawach – powiedziałem krótko. – Zmarzł. – A, rozumiem – mruknął i już zabierał się do przeglądania moich wpisów z nocy. Nie rozmawialiśmy o tym więcej. Poszedłem do domu, do bloku na Skarpie. Spałem twardo przez parę godzin. Pamiętam, że obudziłem się z uczuciem lekkiego ściągnięcia skóry na twarzy od wiatru i mrozu, ale też z jakimś spokojem. To było uczucie dobrze wykonanej, konkretnej rzeczy.
Dopiero parę dni później, kiedy szedłem na poranną zmianę, zatrzymał mnie przełożony, kierownik ochrony. Stał przed budką, ale kiedy mnie zobaczył, skinął. – Jan, chodź na chwilę. Pomyślałem, że coś jest nie tak. Może jednak ktoś coś zauważył, może źle zrobiłem, rozbierając ten mechanizm. Weszliśmy do jego małego pokoju. Pachniało tam papierosami i kawą. – Siadaj – powiedział, sam siadając za biurkiem. Przerzucał jakieś papiery. – Słuchaj, ta sprawa z szabanem w nocy. – No? – zapytałem. – Szczęsny mi wspomniał. Żeś to rozebrał, wyczyścił. – No, zmarzł. Ruch by stanął rano. Popatrzył na mnie przez chwilę. Miał taki swój sposób patrzenia, spod gęstych brwi. – W aktach mi pochwałę wpiszę – powiedział w końcu. – Za inicjatywę. I za to, że nie czekałeś z założonymi rękami na ślusarza z wydziału, który by przyszedł za tydzień. Skinąłem głową. Nie wiedziałem, co powiedzieć. – Dobra, idź na służbę – zakończył rozmowę, już sięgając po telefon. Wyszedłem. Na dworze wiało, ale nie było już takiego mrozu. Szedłem w stronę swojej portierni. Pomyślałem wtedy, że ta pochwała w aktach… pewnie nikt jej nigdy nie przeczyta. Będzie leżeć w teczce. Ale to nie o to chodziło. Chodziło o ten szlaban, który rano działał.
Masz własne wspomnienia? Zapisz swoją historię.
Wystarczy email. Bez hasła. Twoja historia też jest warta opowiedzenia.
Zapisz swoją historię