0:000:00

Stary rower z dzwonkiem

Historia Henryka, ur. 1953

Na podwórku stał stary, zardzewiały rower. Siedziałem na nim, próbując przymocować nowy dzwonek, który kupiłem na targu. Trudno było mi to zrobić, bo najpierw musiałem znaleźć odpowiedni klucz, a potem sami wiecie, jak to jest, kiedy coś się psuje. Miałem wtedy chyba z dwanaście lat, a dzień był piękny, słońce świeciło w pełni, ptaki ćwierkały, a ja myślałem tylko o tym, żeby ten dzwonek w końcu zadziałał. Właśnie wtedy ujrzałem sąsiadkę, panią Zosię, która szła na zakupy. Zawsze się uśmiechała, a przy tym jej zapach perfum przypominał mi lato.

W tym czasie mama krzątała się w ogrodzie, coś sadząc, a ja z przerażeniem pomyślałem, że znów mogę zostać ukarany, jeśli nie wrócę do domowych obowiązków. Mama zawsze miała oczy dookoła głowy, a jeśli mnie przyłapała w takim stanie, to nie było opcji, żebym się wymigał. Wtedy zadzwonił telefon, co było rzadkością, bo przecież nie mieliśmy wtedy jeszcze komórek. Za każdym razem, gdy dzwonił, robiło mi się gorąco i od razu przypominałem sobie wszystkie możliwe przewinienia.

Kiedy mama poszła odebrać telefon, poczułem, że to moja szansa. Pomyślałem o Krzyśku, moim najlepszym kumplu, który mieszkał obok. Zawołałem go, a on szybko przyszedł, bo zawsze był gotowy na przygodę. Udało nam się zjechać z górki na rowerach, a wiatr we włosach sprawił, że poczułem się wolny jak ptak. Krzysiek miał wtedy nowy kask, w żółto-czarne paski, a ja zazdrościłem mu, bo mój był już mocno wyblakły.

Po chwili wróciliśmy do podwórka, a ja postanowiłem, że spróbuję naprawić ten dzwonek. Krzysiek powiedział, że jak co to zawsze możemy zrobić go z drewna, bo jego tata miał w szopie sporo materiałów. To mi się spodobało, bo lubiłem majsterkować. Poszliśmy do jego taty, a tam pachniało drewnem i farbą. Tak, jakbym wszedł do innego świata, gdzie wszystko było możliwe.

Mieliśmy w planie zrobić nie tylko dzwonek, ale też mały stół do rysowania. Ale w tym momencie dotarło do nas, że musimy wrócić do domu, żeby nie narobić sobie kłopotów. Zresztą, zaczynało się ściemniać, a mama pewnie czekała na nas z kolacją. Zawsze była bardzo opiekuńcza, więc wolałem, żeby nie musiała się martwić.

W drodze powrotnej zauważyłem, że nadciągają chmury. Pomieszały mi się w głowie wrażenia – radość z jazdy na rowerze z niepokojem o to, co się stanie, gdy wrócimy do domu. Krzysiek, jak zwykle, cieszył się, a ja machałem rękami, żeby pokazać, jak bardzo się cieszę. W międzyczasie złapał mnie deszcz, więc zaczęliśmy jechać szybciej, żeby zdążyć przed burzą. Zakończenie tej jazdy było absurdalne – przemoczeni, śmialiśmy się i skakaliśmy po kałużach, zupełnie jakby nie interesowało nas, co myśli reszta.

Wchodząc do domu, czułem ten znajomy zapach zupy, który unosił się w powietrzu. Mama zawsze gotowała coś pysznego, a ja byłem głodny jak wilk. Krzysiek czekał na mnie w przedpokoju, a w moim żołądku znowu zagrzmiało. Mama spojrzała na nas z uśmiechem i powiedziała, że tylko my mogliśmy przyjść do domu w takim stanie.

Potem usiedliśmy do stołu, a woda lała się z naszych włosów. Mama zrobiła nam zupę pomidorową – naszą ulubioną. I wtedy, przy stole, wszyscy się śmieliśmy, bo Krzysiek opowiadał, jak to skakał na rowerze i prawie wpadł do kałuży. To był ten moment, kiedy zapomniałem o wszystkim – o zmartwieniach, o burzy, o dzwonku. Tylko ja, mama, Krzysiek i ta pyszna zupa.

Czasem, gdy zamykam oczy, czuję ten zapach i przypominam sobie te chwile. Wiem, że były to proste sprawy – prosta zupa, deszcz, śmiech. Ale w tamtym momencie czułem się po prostu szczęśliwy. Czasami wydaje mi się, że to właśnie w takich drobnostkach kryje się prawdziwe życie.

- Koniec -

Masz własne wspomnienia? Zapisz swoją historię.

Wystarczy email. Bez hasła. Twoja historia też jest warta opowiedzenia.

Zapisz swoją historię