Praca w Gdańsku
Historia Stefana, ur. 1945
W 1964 roku spakowałem jedną walizkę, skórzaną torbę z narzędziami, którą dostałem od ojca, i bilet w jedną stronę do Gdańska. Warszawa była moim domem, ale Gdańsk miał być moją szansą. Czułem, że tam, nad morzem, powietrze jest inne – mniej w nim było kurzu warszawskich kamienic, a więcej soli i obietnicy czegoś nowego.
Moja pierwsza praca w Gdańsku to był szok dla organizmu. Trafiłem do Stoczni Gdańskiej im. Lenina. Jeśli myślałem, że wojsko było ciężkie, to stocznia szybko wyprowadziła mnie z błędu. Zostałem przyjęty jako młodszy monter kadłubów. Pamiętam mój pierwszy dzień: gigantyczne suwnice, które przesłaniały niebo, i huk, od którego pękały bębenki w uszach.
Praca polegała na walce z materią. Spawanie, nitowanie, szlifowanie. W halach unosił się zapach ozonu i palonego metalu. Moje dłonie, kiedyś gładkie, szybko pokryły się bliznami i odciskami, których nie dało się już domyć żadną pastą BHP. Ale była w tym jakaś surowa duma. Kiedy patrzyłem na kadłub statku, który rósł pod moimi rękami, czułem, że robię coś prawdziwego. Wtedy, w połowie lat 60., budowaliśmy statki dla całego świata – przynajmniej tak nam mówili w zakładowym radiowęźle.
Praca zawodowa w Gdańsku to nie tylko rubryki w legitymacji ubezpieczeniowej. To przede wszystkim lekcja pokory i buntu. Grudzień 1970 roku zastał mnie na wydziale K-3. Pamiętam ten przejmujący mróz i narastający gniew. Podwyżki cen mięsa tuż przed świętami były jak policzek wymierzony nam wszystkim.
Wyszliśmy za bramę. Widziałem dym nad komitetem partii i słyszałem serie z broni maszynowej. To wtedy praca przestała być tylko zarabianiem pieniędzy, a stała się deklaracją polityczną. Kiedy wróciłem do domu, do mojej młodej żony, ze śladami sadzy na twarzy, wiedziałem, że nic już nie będzie takie samo. Stocznia stała się dla mnie czymś więcej niż zakładem pracy – stała się żywym organizmem, który czuje i cierpi.
Lata 70. to był czas, kiedy wydawało się, że w końcu wychodzimy na prostą. Awansowałem na brygadzistę. Moja brygada to była zgraja najlepszych fachowców, jakich znałem. Piliśmy razem wódkę po szychcie, ale w pracy nie było zmiłuj – spoina musiała być gładka jak lustro.
Dostałem wtedy talon na fiata 126p i przydział na mieszkanie na Zaspie. Praca w stoczni dawała wtedy poczucie bezpieczeństwa, choć okupione było to pracą w nadgodzinach i wdychaniem toksycznych oparów w ładowniach. Budowaliśmy wtedy masowce i trawler-przetwórnie. Czułem się fachowcem. Znałem każdy dźwięk młota pneumatycznego, potrafiłem po zapachu rozpoznać, czy stal jest dobrej jakości. To były lata mojej największej wydajności. Wierzyłem, że uczciwą pracą wybuduję dom i zapewnię dzieciom przyszłość.
Kiedy wybuchły strajki w sierpniu 1980, byłem już doświadczonym pracownikiem. Pamiętam to uczucie, gdy stanęły maszyny. Nagła cisza w stoczni była głośniejsza niż największy huk. Siedzieliśmy na wydziałach, spaliśmy na styropianie. Praca zawodowa zamieniła się w dyżury przy bramie i słuchanie postulatów.
Przez te kilka miesięcy „karnawału Solidarności” pracowało się inaczej. Z większym sensem. Czuło się, że jesteśmy gospodarzami, a nie tylko siłą roboczą. Ale potem przyszedł grudzień 1981, czołgi przed bramą i weryfikacje pracowników. Musiałem podpisać „lojalkę”, żeby nie wylecieć na bruk. To był najgorszy moment w mojej karierze. Czułem, jakby ktoś mi napluł w twarz, ale miałem rodzinę na utrzymaniu. Praca stała się ciężarem, smutnym obowiązkiem wykonywanym w cieniu milicyjnych nys.
Lata 80. to była agonia – zarówno systemu, jak i gospodarki. W stoczni brakowało wszystkiego: od elektrod po porządne rękawice ochronne. Robiliśmy „fuchy”, żeby przeżyć. Wynosiło się materiał, dorabiało u prywaciarzy. Moja etyka pracy, której uczył mnie ojciec, wystawiona została na ciężką próbę. Widziałem, jak wielki zakład niszczeje, jak ludzie tracą zapał, jak pije się coraz więcej, by zapomnieć o beznadziei.
Mimo to, trzymałem fason. Jako starszy mistrz starałem się chronić moich chłopaków przed najgorszymi szykanami. Praca zawodowa w tamtym czasie to była sztuka lawirowania między nierealnymi planami produkcji a szarą rzeczywistością braku surowców.
Kiedy nadszedł rok 1990, świat, który znałem przez 26 lat pracy w Gdańsku, rozpadł się na kawałki. Wolny rynek uderzył w stocznię jak taran. Koledzy tracili pracę, zaczęły się zwolnienia grupowe. Ja miałem wtedy 45 lat – za stary na naukę nowego zawodu, za młody na emeryturę.
Patrzyłem na puste doki i czułem fizyczny ból. Całe moje dorosłe życie było związane z tym metalicznym hukiem. Przeszedłem drogę od młodego montera w powojennej Polsce do doświadczonego mistrza w kraju, który nagle przestał potrzebować statków tak bardzo jak kiedyś. Moja praca w Gdańsku do 1990 roku to był poligon – uczyła mnie nie tylko rzemiosła, ale hartu ducha, którego nie kupi się za żadne dolary.
Zostawiłem w stoczni zdrowie, kawałek palca u lewej ręki i tysiące litrów potu. Ale gdybym miał wybierać jeszcze raz, znowu poszedłbym tą drogą. Bo nic nie zastąpi uczucia, gdy statek, który budowałeś miesiącami, po raz pierwszy dotyka wody.
Masz własne wspomnienia? Zapisz swoją historię.
Wystarczy email. Bez hasła. Twoja historia też jest warta opowiedzenia.
Zapisz swoją historię