0:000:00

Pieczątka

Historia Antoniego, ur. 1936

— Przepraszam, ja tylko na chwilę… — powiedziałem cicho, bo w bibliotece człowiek sam z siebie mówi ciszej.

Stałem przy półce i już miałem wysunąć książkę, tę z trochę wytartym grzbietem, kiedy obok pojawiła się dłoń. Smukła, pewna. Sięgnęła po to samo co ja. I tak staliśmy przez moment, każdy z ręką na książce, jakby się nic nie stało, a jednak trochę głupio było.

Odwróciłem głowę i zobaczyłem Krystynę. Wtedy to była po prostu dziewczyna w płaszczu, z włosami przygładzonymi, jak po czapce. Patrzyła spokojnie, bez nerwowego śmiechu, bez tego „oj, nic się nie stało”, które ludzie czasem mówią, żeby szybciej uciec.

— To może pan pierwszy — powiedziała.

— Nie, proszę… pani — odpowiedziałem. I od razu usłyszałem, że brzmię jak w szkole. — Ja mogę wziąć inną.

Ona tylko przekręciła głowę, jakby się zastanawiała, czy ja mówię serio, czy tylko tak, z grzeczności. Dopiero wtedy zauważyłem, że trzyma w ręku karteczkę, wąską, z zapisanym tytułem albo nazwiskiem.

Biblioteka pachniała papierem i kurzem. Stoły były drewniane, takie już wygładzone od rąk. Cisza, szelest kartek, czasem stuk pieczątki, kiedy pani bibliotekarka coś podbijała.

Krystyna spojrzała na grzbiet książki i powiedziała:

— Ja jej potrzebuję na lekcje.

Powiedziała to zwyczajnie. I od razu mi przyszło do głowy, że uczy albo się szykuje do uczenia, bo kto tak mówi. Wtedy się na to patrzyło inaczej.

— A ja… — zacząłem, ale urwałem, bo co miałem powiedzieć. Że też mi potrzebna, tylko inaczej. Że po pracy człowiek chce mieć coś dla siebie. Więc powiedziałem krótko: — Też chciałem ją przeczytać.

I wtedy ona się uśmiechnęła, tak lekko, bardziej oczami niż ustami.

— To zrobimy tak — powiedziała. — Ja ją wezmę teraz, a potem pan. Tylko żeby pani w bibliotece wiedziała, że pan czeka.

No i to już brzmiało normalnie. Nie jakieś wielkie umawianie się, tylko zwykła kolejka, tylko że przy jednej książce.

— Antoni — powiedziałem, trochę za szybko. — Mam na imię Antoni.

— Krystyna — odpowiedziała od razu.

Pani bibliotekarka spojrzała na nas znad okularów, bo pewnie za długo staliśmy przy półce. Krystyna wysunęła książkę, wsunęła ją pod pachę i poszła do lady. Ja poszedłem za nią, ale tak, żeby nie deptać jej po piętach. I niby nic, a jednak miałem wrażenie, że powinienem jeszcze coś powiedzieć, żeby to nie przeszło bokiem.

Przy ladzie Krystyna podała książkę i kartę. Pani bibliotekarka przekładała te kartoniki, szurało to w ciszy. Potem pieczątka. Krystyna wzięła książkę, ale zanim odeszła, odwróciła się do mnie i powiedziała półgłosem:

— Jak pan przyjdzie, to proszę powiedzieć, że pan po mnie. Ja pani powiem, żeby pana dopisała.

— Dobrze — powiedziałem. — Dziękuję.

Wyszła, a ja zostałem z takim uczuciem, że szkoda, żeby to się na tym skończyło. I jednocześnie udawałem przed sobą, że nic takiego, po prostu uprzejma osoba, tyle.

Zacząłem kręcić się między półkami, niby szukać czegoś innego. Przesuwałem palcem po grzbietach, czytałem tytuły, ale prawdę mówiąc, mało co do mnie docierało. W końcu usiadłem przy stoliku.

Krzesło skrzypnęło. Położyłem ręce na blacie, drewno było chłodne. W bibliotece było ciepło, tylko sucho, człowiekowi się chciało chrząknąć, ale wiadomo. Ktoś przewracał kartki, ktoś przesunął krzesło. A ja siedziałem i myślałem, że jak wyjdę, to już jej nie zobaczę. Może zobaczę, a może nie. Tak to jest.

Nie wyszedłem od razu. Posiedziałem, aż mi to trochę przeszło. Potem wstałem i poszedłem do lady oddać książkę, którą miałem przy sobie. Pani bibliotekarka popatrzyła na mnie uważnie, jakby mnie już kojarzyła, ale z bibliotekarkami to nigdy nie wiadomo, one pamiętają więcej, niż człowiek myśli.

— Pan Antoni? — zapytała.

— Tak — powiedziałem.

— Pani Krystyna mówiła, że jak pan przyjdzie, to ma pan być po niej. I że ona zwykle zagląda w przyszłym tygodniu, po południu.

To nie brzmiało jak jakiś umówiony termin co do minuty, raczej taka wskazówka. A mnie i tak ulżyło, bo przynajmniej wiedziałem, że to nie była tylko jedna chwila przy półce.

Wyszedłem na zewnątrz i od razu było inne powietrze, uliczne. W domu próbowałem robić swoje, normalnie. A co chwilę wracał mi obraz tej dłoni na książce i jej głos: „na lekcje”.

Kiedy przyszedłem w ten dzień, o którym pani wspomniała, serce mi biło szybciej już od wejścia. A ja sobie powtarzałem, że idę po książkę, nic więcej.

To był rok tysiąc dziewięćset sześćdziesiąty drugi. Pamiętam, bo to był ten czas, kiedy już pracowałem na miejscu i miałem w głowie porządek tygodnia, dyżury, wszystko poukładane, a tu nagle takie zamieszanie od zwykłej biblioteki.

W środku było jak zwykle. Krystyna siedziała przy stoliku, z książką otwartą. Miała ołówek i kartkę, robiła notatki. Kiedy podniosła wzrok, nie wyglądała na zaskoczoną. Jakby mnie się spodziewała. I to było miłe, bo ja się spodziewałem jej, tylko nie byłem pewien, czy ona w ogóle będzie pamiętać.

— Dzień dobry — powiedziałem.

— Dzień dobry — odpowiedziała i zamknęła książkę, wkładając palec między kartki, żeby nie zgubić miejsca. — Przyniosłam.

Podała mi ją przez stół. Wziąłem i przez moment stałem jak nie wiem kto, bo przecież nie będę tylko kiwać głową i uciekać.

— Dziękuję — powiedziałem i usiadłem naprzeciw niej, zanim zdążyłem się rozmyślić. — Mogę?

— Może pan — odpowiedziała.

Siedzieliśmy w ciszy. Ja udawałem, że czytam pierwszą stronę, ona układała notatki. Co chwilę spojrzenia nam się spotykały i od razu człowiek patrzył w bok, jakby tam było coś ważnego.

Po chwili Krystyna powiedziała:

— Pan jest lekarzem?

Zaskoczyło mnie to, bo ja jej nic nie mówiłem. Ale w Koninie ludzie się kojarzą, a może mnie gdzieś widziała, może ktoś jej powiedział.

— Tak — odpowiedziałem. — Pracuję tutaj, w Koninie.

— To pewnie ma pan mało czasu na czytanie — powiedziała.

— Mało — przyznałem. — Ale jak już mam, to mi dobrze robi.

Skinęła głową, tak jak ktoś, kto rozumie bez dopytywania.

— Ja też czasem tak mam — powiedziała. — Cały dzień człowiek mówi, tłumaczy, pilnuje… a potem chce ciszy.

I to było takie zwykłe, proste. Bez wielkich słów.

Siedzieliśmy jeszcze chwilę. Ja się trochę rozluźniłem. Zauważyłem, że ma na palcu mały ślad atramentu. Drobiazg, ale zapamiętałem.

W końcu zaczęła zbierać rzeczy.

— Muszę już iść — powiedziała. — Mam jeszcze do przygotowania.

— Rozumiem — odpowiedziałem. I w środku mi było szkoda, ale nic nie powiedziałem, bo człowiek się wtedy tak nie narzucał, a ja już w ogóle nie umiałem.

Wstała, wsunęła notatki do torby. Ja też wstałem, jakby to było oczywiste, że odprowadza się do drzwi, choć przecież mogliśmy zostać każdy przy swoim.

Przy wyjściu zatrzymała się na moment i spojrzała na mnie.

— Panie Antoni… — zaczęła i urwała, jakby szukała słowa. — Jak pan będzie kiedyś w bibliotece, to proszę usiąść przy tym stoliku. Ja często tu jestem.

— Dobrze — powiedziałem. — Będę.

Wyszliśmy na zewnątrz i przez chwilę szliśmy obok siebie. Ona z torbą, ja z książką pod pachą. Nie pamiętam już dokładnie, o czym mówiliśmy, bo to mi się miesza. Pamiętam tylko, że kiedy się rozeszliśmy, szedłem wolniej niż zwykle.

W domu otworzyłem tę książkę. W środku była zakładka z wąskiego papieru. Nie wiem, czyja, może biblioteczna, może jej, może ktoś wcześniej zostawił. W każdym razie została. Dotknąłem jej odruchowo, a potem usiadłem z książką na kolanach i przez dłuższą chwilę tylko siedziałem, zamiast czytać. I wracało mi w głowie to jej: „proszę usiąść przy tym stoliku”.

- Koniec -

Masz własne wspomnienia? Zapisz swoją historię.

Wystarczy email. Bez hasła. Twoja historia też jest warta opowiedzenia.

Zapisz swoją historię